Jan Kochanowski
Elegia XIV
Z łacińskiego przełożone przez Kazimierza Brodzińskiego – warszawa 1829
ELEGIA XIV NA ZGON JANA TARNOWSKIEGO
Nie pójdę ja Tarnowski ! za tobą ze łzami,
Ni twej śmierci smutnemi onucę pieśniami,
Wolen jarzma śmiertelnych żyjesz dziś w swobodzie,
Zamieszkały w bezpiecznym napowietrznym grodzie;
Tam już zima nie wieje, nie trzaskają gromy,
Tam wieczne widzisz światło nocy nieświadomy;
Z nami bezsenne troski i czujna obawa,
Z nami praca, choroba i starość przestawa;
Szczęsny, kto już naszego morza przebył skały,
I w pogodę do portu przywiódł okręt cały.
Nam Ocean niepewny jeszcze nawy nurza,
Niesie gdzie dzika Notu’rozkazuje burza,
Ty z rycerzami, jakich wydawał świat stary,
Spokojny niebieskiemi poisz się nektary,
Pod nogą widzisz ziemię, grzmiące Oceany,
I po niebieskich polach obóz gwiazd rozsiany,
A cnotą wyszukana, w brew śmierci twa chwała,
W ustach męzów bezzgonny swój pobyt obrała,
Bo mogąc się naddziadów sławą przyozdobić,
Wolałeś przy jej blasku na własną zarobić,
Boś znał że kto własnemi niewzmoże się sprawy,
Tem go czarniej okryje cień ojcowskiej sławy,
Przeto Alcydowemi zagrzany przykłady,
Przez lądy i przez morza szedłeś w jego ślady,
Ile przemógłeś nieszczęść ile zwalczył trudów,
Przeszedłeś nawet stepy barbarzyńskich ludów,
Do tego, ni Eurysthej, ni chytra macocha
Ale sława cię wiodła co zapasy kocha,
Tak wyuczony w sztukach wojny i pokoju,
Przeważałeś w obradach, wyprzedzał do boju,
Jak żołnierz wprawny z obu rąk wyrzuca gromy,
Tak ty w każdej potrzebie dzielny i świadomy,
Tyś wierny tłumacz prawa sędzia nieujęty,
Tyś ginących kotwica, zbłąkanych port święty,
W najwyższych sprawach państwa gdyś roztaczał słowa,
Niewiedzieć co zwalczało rozum czy wymowa ?
Togę rzuciwszy, gdy wróg zachrzęszczał puklerzem,
Wodzem byłeś przezornym jak dzielnym żołnierzem,
To co śpiewam Libijskie powtórzą mi brzegi,
I tarczą twoją Maurów odparte szeregi,
Świadczą ze skał Ryfejskich grody postrącane,
I pola Moskwicinów trupami zasłane,
I brody Obertyńskie, które krwią zasiekły,
Gdy przed piorunną ręką pierzchał Dak ulękły,
Ten dzień prawdę zapisał ze w boju nie tłumy,
Lecz serce wojsk zwycięza i wodzów rozumy,
Gdyś ty był zachowawcą, wroga, ni przemocy,
Nie zaznały powiaty na naszej północy
Jak Atlas gwiaździstemu dał wsparcie sklepieniu,
Tak błyszcząc Polska na twem ciężała ramieniu.
Z czynów nie z słów Wiecznemu składałeś ofiary,
Ani byłeś odstępcą pradziadowskiej wiary,
Tobie gwoli Astrea wróciła ku ziemi
I cierpliwie pobyła jeszcze z śmiertelnemi,
Szczęsny los, czyli smutny nic zatrząsł twą cnotą,
Bogaty, przyjaciela ceniłeś nad złoto,
W tobie tarcza ciśnionym miecz ostry bezbożnym,
Potem my tylko czuli jako byłeś możnym!
Tem będzie twoja sława żyła niezmożona,
Ta nad gwiazdy do bogów zaniosła cię grona.
Czyliż poglądasz z tamtad na nasze wygnanie?
Gdzie twoje niesiem ciało w kurzawym tumanie?
Tu Sarmacya, tu młódź Teutońskiego kraju,
Tu cię płakać przybyli męże z nad Dunaju!
Wszystkich serca żal chwyta, a najwięcej syna,
Co postawą i duszą ojca przypomina,
O ! niepłacz zbawionego - łzy po tych niech płyną,
Co nędznie kończąc życie bez nadziei giną,
Twój rodzic zasługami oznaczywszy ślady,
Poszedł goście na wieki pomiędzy pradziady,
Trosk zapomniał jak żeglarz, co z morskich obiegów,
Z bogactwami dopłynie do rodzinnych brzegów,
Ach ! strzeż się jego płakać, lecz trwający wieki,
Staw mu pomnik Paryjski u wiślanej rzeki,
Kędy naród Lechitów corocznie się zbierze,
Dank powinny popiołom przynosić w ofierze,
Boje niegdyś zwiedzione i wrogi pobite,
Niech dłutem Fidyasza zostaną wyryte;
Ja dodam: „Tarnowskiego tu złożone kości,
On sam śmierci nieświadom nad słońcami gości”,
Dość tyle, resztę bowiem zostająca chwała,
Będzie niewyliczonym wiekom podawała.